Fragmenty opowiadań

Jesionka

Pogoda przecięła powietrze gładkim ostrzem, oddzielając sierpniowe upały od wrześniowych słot. Wczoraj jeszcze jeździliście na rowerach, łapiąc promienie słoneczne i w swej naiwności myśląc, że przecież do końca lata to jeszcze ho, ho. A dziś ze zdziwieniem musieliście przyjąć temperaturę niższą o kilkanaście stopni, przelotne opady i prognozy, że tak ma być przez cały nadchodzący tydzień. Szare chmury, chmury z przerywaną linią deszczu, trzy pełne kreski deszczu pod dużą chmurą i najbardziej dołujące – wykres Celsjusza jak przekrój poprzeczny przez krajobraz nizinny. Constans, który jeszcze wczoraj i przedwczoraj bardziej przypominał zapis kardiografu. Ranki może i były chłodne, przeorane pustynnością sierpnia, jednak popołudnia pozwalały brodzić w czystej słoneczności, w pomarańczowym cieple. I nagle szlus. Jesień meteorologiczna zaskoczyła meteoropatów. Jesień meteorologiczna przyszła tak punktualnie, że inne pory roku pokręciły z niedowierzaniem koronami drzew – wiosna bzem, lato lipą, a zima świerkiem. Jesień meteorologiczna powiedziała: „Ha, mam was!”.

[…]

(całe opowiadanie do przeczytania w książce Wariograf. Opowiadania)


Złożone, proste

Dwa kryształki cukru

Z łyżeczki, którą przenosiłem cukier z cukiernicy do szklanki z herbatą, wypadły mi dwa kryształki. Wziąłem je na dłoń i przyjrzałem się im, najpierw okiem nieuzbrojonym, potem uzbrojonym w okulary. Okulary były szwedzkiej marki KunoQuist, cukier był marki Polski Cukier Krajowa Spółka Cukrowa z Torunia, dłoń była marki lewej, a łyżeczka – marki Ikea Stainless steel Made in China. A, jeszcze cukiernica – Chodzież Rok zał. 1852 Ręcznie malowane, oraz szklanka – KIG Indonesia. Cały świat przenosił ze mną cukier, ale ja tego nie dostrzegałem. Moja uwaga była skupiona na tych dwóch kryształkach, z bliska przypominających miniaturowe kostki lodu. Ich obecność na gołej dłoni wydała mi się faktem tak wstrząsającym, że zakręciło mi się w głowie. Zacząłem się im wnikliwie przyglądać i robić zdjęcia, najpierw telefonem, potem lustrzanką, lupy nigdzie nie mogłem znaleźć. W końcu postanowiłem użyć mikroskopu.

[…]

(całe opowiadanie do przeczytania w książce Wariograf. Opowiadania)


Pokój ludziom

Jeder Mensch ist ein Künstler albo Przypowieść o boskości

Tego dnia ubrałem się w odświętny chałat, na który zarzuciłem biały tałes z niebieskimi pasami wyszytymi przy krótszych końcach. Wraz z grupą moich braci poszliśmy wznosić modlitwy w dzień Jom Kipur przed wejściem do kościoła katolickiego, w którym odbywała się właśnie wieczorna sobotnia msza. Kiedyś funkcjonowała tu synagoga, ale Polacy przerobili ją na swoją modłę. Jednak nasz rabin Szebe był uparty i przychodziliśmy tu w ważniejsze święta. Rabin po cichu intonował pieśń, którą reszta podejmowała, szepcąc pod nosem.

Gdy nasza pokuta miała przejść w uwielbienie, a w kościele zadźwięczały dzwoneczki, usłyszeliśmy zza pleców – ostry jak brzytwa fryzjera z Solnej i zimny jak bryły lodu handlarza ryb z jatek przy Starym Rynku – rozkaz wykrzyczany po żołniersku: „ENDE O!”.

Rabin przerwał naszą modlitwę, przesuwając prawą dłoń poziomo w powietrzu. Wstrzymaliśmy oddech. Nikt się nie odwrócił i nie podniósł obu rąk – tylko prawica rabina dziwnie wisiała, jakby nie mogła się zdecydować, co robić. Ale rabin dobrze wiedział.

Niebo przeszyły wtedy trzy strzały oddane niemal równocześnie. Gołębie odleciały z podwórka, kilka okiennic zostało z hukiem zamkniętych, a rabin Szebe sam się odwrócił, a za nim my wszyscy.

[…]

(całe opowiadanie do przeczytania w książce Wariograf. Opowiadania)


Chácara II

Krasula. Kanka. Kosa

Po mleko chodziło się do pana Stefaniaka. We wsi wszyscy go znali. Dzień w dzień – piątek, świątek, zdrowy, chory – pan Stefaniak szedł wzdłuż rzeki ze swoją jedyną krową, na którą wołał Krasula, i dawał jej się wypasać na świeżej trawce. Zwierzę ciągnęło za sobą kołek i łańcuch, który wydawał charakterystyczny metaliczny dźwięk. W czasie, gdy krowa się wypasała, pan Stefaniak siadał na konarze albo pieńku ściętego drzewa i patrzył: a to na rzekę, a to na krowę, a to wreszcie na swoje poorane bruzdami i zbrązowiałe od słońca dłonie.

Pan Stefaniak żył bez żony i dzieci – nie wiedzieliśmy w ogóle, czy kiedykolwiek miał rodzinę – miał za to kosę i dzięki niej oraz krowie żył w biedzie, ale nie w nędzy. Dobrzy ludzie przynosili mu regularnie środki do podstawowej egzystencji oraz potrawy, których nie przejedli po różnych uroczystościach rodzinnych. Nabiał miał swój.

A kosa służyła mu do koszenia łąk i wysokich trawników. Łąki kosił miejscowym, trawniki działkowcom. Brał co łaska, ale ludzie wiedzieli, jak jest, i dawali mu konkretne sumy. Te pieniądze przeznaczał na duże rzeczy, takie jak rachunki i ogrzewanie. Wydawał je też na swój jedyny nałóg – w żółtym sklepie kupował średnio dwa razy w miesiącu paczkę najlepszych papierosów i palił tylko jednego dziennie, zaraz po obiedzie, w charakterze deseru.

[…]

(całe opowiadanie do przeczytania w książce Wariograf. Opowiadania)


Inkarnacje

Goń mięczaka

Ślimak pełznął po mokrym betonie, zostawiając za sobą krzywą linię śluzu, jakby dziecko niewprawną ręką rysowało kredą po chodniku. Był to pospolity wstężyk gajowy z muszlą w odcieniach brązu. To jeden z mniejszych gatunków krajowych, o dwucentymetrowej średnicy muszli. Dla porównania – skorupa największego polskiego ślimaka muszlowego, winniczka, osiąga do pięciu centymetrów. Nasz ślimak przekraczał właśnie ciąg pieszo-rowerowy ulokowany wzdłuż bardzo ruchliwej drogi dwujezdniowej. Na szczęście chodnik i ścieżka rowerowa w tym miejscu były rzadko uczęszczane.

Ale tego dnia ścieżka ślimaka miała przeciąć się ze ścieżką młodego człowieka, który raźnym krokiem, z muzyką na uszach szedł tą drogą po raz pierwszy w życiu. Zrobił sobie skrót, ominął jedne światła drogowe i chciał się dowiedzieć, co znajduje się po tej stronie osiedla. Za małym lasem, blisko betonowego chodnika, płynął niewielki strumień, który niknął w tunelu pod szosą. Chłopak przyspieszył kroku, wymachiwał rękami i bujał się tanecznie do przeboju o Nowym Jorku duetu Jay-Z i Alicia Keys. Jego twarz się rozpromieniła, zaczął na pełen głos podśpiewywać kawałki utworu, szczególnie refren. Grał w powietrzu na klawiszach. Skandował hip-hopowe słowa. Nagle poczuł, że na coś nadepnął. Podniósł but.

– Ojej, przepraszam, ślimaczku. Nie chciałem.

[…]

(całe opowiadanie do przeczytania w książce Wariograf. Opowiadania)


Sześć nowych opowiadań, które nie weszły do żadnej mojej książki i które nieopatrznie opublikowałem na Wattpadzie:

  • Highland
  • Hrabstwo Van Buren
  • Klucznik
  • Borsucze ziele
  • Dziesiąta dzielnica
  • Herszt