Wyluzuj – nie musisz pisać!

Po opublikowaniu Wariografu jesienią 2023 roku – zniknąłeś. Były wprawdzie trzy spotkania autorskie i dwie recenzje, ale potem już nic nie opublikowałeś. Co się dzieje?

Nic się nie dzieje. A w zasadzie „nie dzieje się nic i nie stanie się nic aż do końca”, jak pisał Zabłocki i śpiewał Turnau. Ale po kolei. Mój debiut wyszedł we wrześniu 2023 roku, premiera warszawska – bo moje wydawnictwo, Anagram, jest z Warszawy – odbyła się w październiku w Klubokawiarni Międzypokoleniowa, premiera łódzka – w grudniu w Mediatece MeMo. Były to raczej spotkania z rodziną, przyjaciółmi i znajomymi. Jeszcze w maju 2025 roku udało się zorganizować spotkanie w jednym domu kultury z młodzieżą z jednego z łódzkich liceów. Zaprosił mnie mój kolega ze studiów, Piotr Augustyniak. To było ciekawe doświadczenie. Byłem tam bardzo szczery i zostało to zauważone.

Jeśli chodzi o recepcję mojej książki, to recenzje ukazały się oczywiście też dzięki znajomościom. Recenzję w internetowym „Magazynie Kultury Popularnej Esensja” napisała zaprzyjaźniona z moją Wydawczynią dziennikarka, recenzję w „Nowych Książkach” zawdzięczam znajomości z panem Piotrem Szewcem, którego poznałem na łódzkiej Akademii Literatury Polskiej. Miałem też wywiad w Radiu Opole przy okazji tamtejszych targów książki oraz dla kanału Iza w Krainie Słowa w czasie Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie – wszystko też dzięki różnym ludziom. Jeszcze była notka na stronie Wydziału Filologicznego mojej alma mater, anonsująca debiut „zdolnego” absolwenta.

Wróćmy do zniknięcia. Klątwa drugiej książki?

Tak. Jeśli coś takiego istnieje, to mnie to dopadło. Człowiek narzuca sobie takie oczekiwanie i wyobraża, że inni też tego od niego oczekują – że druga książka musi być lepsza od pierwszej, albo przynajmniej nie gorsza. Z jednej strony to nie powinno być takie trudne – debiuty są najczęściej słabe, pełno w nich wad i niedociągnięć. Człowiek się rozwija i pisze inaczej, nie chce pisać tak, jak kiedyś: naiwnie, prostolinijnie, mniej literacko, a bardziej autobiograficznie. Z drugiej strony – cholernie trudno pisać po nowemu i nie wpadać w utarte tory. Trudno przeskoczyć samego siebie. A takie są te – nierealne trochę – oczekiwania.

A dlaczego nie publikujesz?

Nie wiem. Widać nie czuję takiej potrzeby. Ale, ale. Przygotowuję się. Zakupiłem roczną prenumeratę miesięcznika „Twórczość”, żeby dowiedzieć się, jakie prozy są tam publikowane i poznać gust redaktora Pawła Orła, odpowiedzialnego za tę działkę. Jeszcze gdybym te „Twórczości” czytał…

No właśnie. Przejdźmy do czytania. Skoro nie piszesz, to co w takim razie czytasz?

Bingo! Mógłbym odpowiedzieć na to pytanie, jak na początku – nic. Ostatnio stwierdziłem, że jestem oszustem, że czytam kilkanaście stron książki i ją odkładam, biorę drugą. Moje regały uginają się od nieprzeczytanych książek. Wiem coś o nich, o ich autorach, mogę zrobić wrzutkę w rozmowie, podyskutować o doświadczeniach z czytania (skąpych, ale jednak) i wszystko z pozoru wygląda cacy. Jest to chyba największa rysa na moim życiorysie. Ponoć Białoszewski mało czytał. Ale generalnie w świecie pisarzy i czytelników przyznać się do tego, że się nie czyta – to hańba. Ja w zasadzie nie czytam, markuję, udaję. Ale za to kupuję dużo książek – chociaż te statystyki podbijam. Po co je kupuję? – nie wiem. Mam wrażenie, że to może chodzić o to, że posiadanie książki jest dla mnie równoznaczne z posiadaniem jej treści, jej całej. A ja przecież nie nabywam dzieła, tylko jedną z jego kopii, jeden egzemplarz. Smutne to.

Tak, zrobiło się trochę ponuro. A jakieś tytuły, autorzy?

Dziś czytałem Małego Księcia Antoine’a de Saint-Exupéry’ego – egzemplarz, który otrzymałem w nagrodę po pierwszej klasie szkoły podstawowej. Tę książkę przeczytałem w całości, ale nie wiem, czy do końca ją już zrozumiałem. Czytam ją na warsztaty, które mam poprowadzić na wolontariacie. Z książek, które chciałbym przeczytać i niedawno zacząłem – mogę wymienić Dżumę Alberta Camusa, moją miłość z liceum. Tę książkę też przeczytałem w całości (sic!) ale chciałbym ją przeczytać powtórnie, ponad dwadzieścia lat później. A z książek nowych, z których początkami zapoznałem się na przestrzeni ostatniego półrocza, najbardziej chcę przeczytać Dzikich detektywów Roberta Bolaño.

No, to już trochę jest. A z pisaniem też jest podobnie? Że w zasadzie nie ma, ale coś by się znalazło?

No tak. Coś tam mi się zdarzy napisać. Na początku tego roku uczestniczyłem w kilku warsztatach literackich, prowadzonych przez Rafała Gawina w Domu Literatury w Łodzi. Ja już raczej jestem za stary na takie przedsięwzięcia, już swoją porcję warsztatów tego typu przyjąłem. Ale poszedłem i pozytywnie się zaskoczyłem, przede wszystkim poziomem literackim uczestników. I dzięki tym warsztatom napisałem trzy krótkie opowiadania, dałem też pod ocenę jeden tekst z mojej nowej książki, której – jak już się rzekło – nie piszę.

A propos tej książki, której nie piszesz, możesz coś o niej opowiedzieć?

No tak. Nie robię z tego jakiejś tajemnicy (choć chyba powinienem – dla dobra i spokoju procesu twórczego…). Piszę zbiór opowiadań dziejących się i mówiących o Radogoszczu, rejonie Łodzi, który dzieli się na dwa osiedla: Radogoszcz Wschód i Radogoszcz Zachód. Wychowałem się tu i spędziłem większość życia, nadal tu mieszkam. No i nie jest tak, że nie mam nic. Jak zliczyłem, to wyszło ponad czterdzieści tekstów i pomysłów, które razem przekładają się na prawie sto osiemdziesiąt stron maszynopisu. Ale wiele z tych opowiadań uznaję obecnie za słabe, nienadające się do publikacji. Gdzieś przez to zatrzymałem się w martwym punkcie. Sparaliżowało mnie. Pierwsze teksty do nowej książki powstały jeszcze przed premierą Wariografu, czyli w 2023 roku. W 2024 roku nie pamiętam co robiłem, w 2025 roku poświęciłem się sprawom zawodowym, i jest 2026 rok – a we mnie nie ma pisarza.

A kto jest w Tobie teraz?

Kto jest we mnie? Spełniam obecnie dawne marzenie. Kiedyś, wiele lat temu, szukając muzyki do skupienia się i pracy, natknąłem się na instrument początkowo zwany hang drumem, a dziś – w troszkę zmodyfikowanej formie – handpanem. Były to przede wszystkim zespoły Hang Massive i Yatao. Wtedy jednak te instrumenty były – nomen omen, bo kształtem przypominają trochę UFO – kosmicznie drogie. Dziś się to zmieniło. Wypożyczyłem sobie handpana. Potem kupiłem własnego. W międzyczasie spotkałem osobę, z którą razem gramy, wzajemnie się mobilizując do nauki. Ćwiczę codziennie.

Tak że obecnie bardziej myślę o sobie jako o muzyku niż pisarzu. Bo piszę okazjonalnie. Ale może się to zmieni. Albo znajdę sposób by jakoś połączyć te dwie pasje. Mój terapeuta powiedział mi, żebym szedł za sobą, był autentyczny i wyluzował. Nie nakładał na siebie nadmiernych oczekiwań i jarzma, że muszę pisać. Nic nie muszę. Zresztą – mogę sobie pozwolić na komfort niepisania, bo pisanie nie jest moim źródłem utrzymania. Zarabiam gdzie indziej. I nie mogę się traktować jak zawodowego pisarza, który musi pisać i publikować, żeby żyć. Ja jestem wolny człowiek. Mogę pisać, mogę nie pisać. A zresztą – idąc za Hemingwayem, za tym, co robił i pisał – trzeba najpierw coś przeżyć, żeby mieć o czym pisać. Może ten handpan nie jest taki przypadkowy…

Spoko, Tomaszu, fajnie się gadało, ale kończymy.

Szkoda. Dobra rozmowa, trochę mi poukładała w głowie. Dzięki.

To ja dziękuję za wywiad.